• Wpisów: 229
  • Średnio co: 10 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 20:01
  • Licznik odwiedzin: 42 130 / 2526 dni
 
nellka3598
 

               Rozdział 1
      "180 stopni w jeden dnień"

Może nie zdajmy sobie z tego sprawy, a może tak naprawdę wiemy... Tak cholernie zależni jesteśmy od siebie samych. Marni, zakłamani, słabi, a każdy jeden z wyrokiem śmierci. Wszyscy walczymy o to by było dobrze. Nie każda decyzja prowadzi do celu i do ludzi, których kochamy ale walczymy każdego dnia... Taka jak Ona. Mowa o dziewczynie o imieniu Izabela. Mieszkającej niedaleko Krakowa. Mającej od marca 16 lat.
Wychowywała ją mama, która pracowała jako pielęgniarka w miejskim szpitalu. Jej ojciec rozstał się z nimi jak była niemowlakiem. Płacił alimenty ale co z tego... Tak naprawdę nic o nim nie wiedziała i szczerze nie chciała wiedzieć. Dziewczyna chodziła do liceum o profilu muzyczny. Kochała grać na skrzypcach. Ponoć talent i zapał zawdzięczała dziadkowi ze strony matki. Ów samouka ale za to z jakim oddaniem grywał. Niestety poczciwy dziadek zmarł jak miała 5 lat. Matka wysłała ją do nie byle jakiej szkoły, ponieważ płaciła za nią niezłe pieniądze. Żyć nie umierać! Tamtego dnia wybrała się do szkoły o tej samej godzinie co zawsze. Wsiadła do tego zaparowanego autobusu. Oczywiście nie liczyła na jakiekolwiek miejsce siedzące. Już po 20 minutach była prawie na miejscu. Jeszcze tylko przeszła przez skrzyżowanie i była u celu. Zaraz za drzwiami rzuciła się na nią jej przyjaciółka Zosia. Chaotycznie przekazała jej informacje, że kompletnie nic nie umie na nadchodzące przesłuchanie, które odbywało się u nich pod koniec każdego semestru. Dziewczyna nieco zdezorientowana położyła rękę na jej ramieniu i odchodząc pod salę tłumaczyła jej, że ma jeszcze masę czasu na przygotowanie swojego pokazu. Za ściany, za którą znajdowały się schody do dolnej części szkoły czyli szatni wyszedł wysoki chłopak. Dość sporej budowy. Ubrany w ciemno zielony mundurek z pasiastym krawatem w kolorach kakchi i zgniłej zieleni. Jego dłuższe włosy w kolorze ciemnego karmelu były niesfornie roztrzepane jak zawsze. Chłopak pocałował ją w policzek i powitał słodkim „cześć misiu”. Miał na imię Łukasz i od półtora roku był chłopakiem Izy. Trójka przyjaciół oddaliła się pod salę lekcyjną. Chłopak został tam do dzwonka. Zaraz po nim zniknął za rogiem udając się pod sale muzyczną. Grał na fortepianie i był w tej szkole o rok wcześniej niż ona. Po chwili i do jej klasy przyszła nauczycielka. Wszyscy weszli do sali i tak zaczęła się lekcja niby pozbawiona jakiejkolwiek różnicy od innych.
Dzień już prawie dobiegał końca. Szybko minęły kolejne lekcje. Siedziała właśnie w sali muzycznej, a nauczycielka poprosiła ją o zaprezentowanie utworu jaki przygotowywała na przesłuchanie. Dziewczyna chwyciła instrument, wyszła na środek sali i zaczęła grać fragment nocturnu Chopina. Gdy skończyła nauczycielka pogratulowała jej dobrego wyboru i jeszcze lepszego wykonania. Iza usiadła koło przyjaciółki. Ktoś zapukał do drzwi i wszyscy byli zapewne pewni, że to tylko któryś uczeń... Może czegoś zapomniał, może potrzebuje jakiegoś instrumentu na lekcje. Pomyłka. Do sali weszło dwóch policjantów, a za drzwiami stała jakaś kobieta w okularach z wielkimi czerwonymi oprawkami, usta miała pomalowane krwistoczerwoną szminką, a jej brązowe włosy były upięte w wielki, wysoki kok.
-Przepraszam za zakłócenie lekcji. Musimy zwolnić z lekcji uczennice. Izabele Michałko.
Dziewczyna czuła na sobie spojrzenia każdej osoby. Sparaliżowana całą sytuacją i przerażona myślą co może stać się za drzwiami. Wstała.
-Weź proszę swoje rzeczy.- nakazał mężczyzna.
Iza wzięła torbę i rzuciła ostatnie spojrzenie Zosi. Łudziła się, że to tylko jakaś pomyłka. Drzwi do sali zostały zamknięte. Kobieta nakazała Izie usiąść na ławce przy oknie.
-Zapewne nie masz pojęcia po co tu jesteśmy. Musimy powiadomić cię o nie miłej sprawie. Dzisiaj ok. godziny 10 twoja matka Urszula Michałko miała poważny wypadek. Jej samochód kilka razy dachował. Jakiś człowiek widział to z pobliskiego przystanku i szybko zadzwonił po pomoc. Karetka przewiozła ją do szpitala jednak kobieta na skutek poważnych obrażeń zmarła w szpitalu. Ponieważ nie masz tu innej rodziny prawa do opieki spadają na twojego ojca Roberta Michałko, który mieszka w miejscowości oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów dalej od twojego owego zamieszkania.
Dziewczyna czuła jak robi jej się niedobrze. Nie mogła powstrzymać napływających łez.
-Kiedy? Co ze szkołą?
-Już dzisiaj będziesz musiała się spakować. Jestem odpowiedzialna za takie przypadki dlatego pomogę ci ze wszystkim. Do tej szkoły już nie wrócisz. Byłą płatna. Twój ojciec mieszka gdzie indziej i nie możesz zostać tutaj sama.
-A czy mogę... Mogę pożegnać się z przyjaciółmi?
-Tak. Zostaniemy tu do końca przerwy. Muszę załatwić wszystkie formalności. Wybacz na chwilę idę do sekretariatu.
Kobieta na niewielkich obcasach stukała o parkiet. Iza ukryła twarz w dłoniach. Nie wiedziała co dalej będzie. Szkoła była dla niej całym życiem. Jak miała po tylu latach zamieszkać z ojcem. Nie umiała sobie nawet odpowiedzieć na pytanie czy jest tam chciana.
Chwilę później korytarz ogarnął głośny dźwięk dzwonka. Z sali wybiegła jako pierwsza Zosia. Usiadła na ławce i spytała co się dzieje. Dziewczyna opowiedziała jej wszystko po kolei. Przez zatłoczony korytarz przebijał się Łukasz. Na jego twarzy malował się niepokój.
Zosia opowiedziała mu w skrócie co się wydarzyło. Chłopak przytulił Izę do siebie.
Pożegnała się jeszcze z kilkoma innymi osobami. Wzięła z sali muzycznej swoje szkolne skrzypce. Pożegnała panią od muzyki i podziękowała za cierpliwość do jej pierwszych nieudolnych kroków. Kobieta przytuliła ją mocno, a Iza dobrze wiedziała, że już ostatni raz widzi te osoby. Już nigdy nie pojawi się w murach tej wspaniałej szkoły.
Piętnaście minut później już siedziała w aucie na tylnym siedzeniu, obok kobiety, która w zaledwie 10 minut zburzyła jej jakże idealny świat.
W domu zdjęła ze strychu kilka dużych waliz. Zapakowała do nich ubrania, książki z nutami, zdjęcia, dwie ulubione książki i inne rzeczy. Wieczorem, gdy wszystko było już popakowane. Przeszła jeszcze raz po domu. Otwarła z zaciskającym się gardłem drzwi do sypialni mamy. Ostatni raz czuła zapach jej mdlących perfum. Podeszła do szafy i wyciągnęła jej ulubiony sweter, czerwoną obcisłą sukienkę i wysokie szpilki, które mama miała jeszcze od babci. Z szafki stojącej przy łóżku wyciągnęła jej szkatułkę z biżuterią i kuferek kosmetyków, których ciągle używała. Spakowała to do swojej szkolnej torebki, którą opróżniła z książek. Przejechała ostatni raz po blacie toaletki i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
-Musimy już jechać Izabelo.
Dziewczyna przeszła przez kuchnię, salon i przedpokój. Wiedział jedno już nigdy tu nie przyjedzie. Zabiera ze sobą wszystkie dobre i złe wspomnienia ale nic więcej. Nie może wziąć ani mamy ani przyjaciół. Bagaże zostały już zniesione. Poprawiła torebkę na prawym ramieniu i wzięła do ręki walizkę ze skrzypcami.
Na podwórku w ciemności zauważyła dwie sylwetki. Łukasza i Zosie. Podbiegła do nich i przytuliła się do każdego z nich. Po jej policzkach znowu płynęły łzy.
-Hej mała będziemy cię odwiedzać. Spokojnie.
-Nie zapomnimy o tak wspaniałej osobie!
-Dziękuje wam. Cieszę się, że mogłam poznać takich ludzi.
Na jej ramieniu pojawiła się dłoń kobiety.
-Już czas.- ponagliła.
-Do zobaczenia jak najszybciej.
Pocałowała Łukasza i objęła jeszcze raz przyjaciółkę.
Oto ironia! Nie ważne jak długo trwać będzie pożegnanie i tak zawsze będzie ono zbyt krótkie, zbyt nagłe i nigdy nas nie zaspokoi. Tak już jest, że zaczynany nowe rozdziały od słów „będzie lepiej”. Nie możemy martwić się o kolejny dzień ale co jeśli jest ona aż tak niepewny.
Jedyne dobrze znane nam osoby zostają z tyłu za szybą, a ich twarze rozmywają się z każdym kolejnym dniem. Zostawmy te bezsensowne słowa „będzie dobrze” dla innego głupca, który kończy mniej problematyczny rozdział życia i jest jeszcze w stanie w to uwierzyć.

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego