• Wpisów: 229
  • Średnio co: 11 dni
  • Ostatni wpis: 6 lat temu, 20:01
  • Licznik odwiedzin: 44 839 / 2724 dni
 
nellka3598
 
an!mek:                    Rozdział 4
                   "Tak trzeba."

Nie mogła spać. Całą noc siedziała przy biurku wpatrując się w niedokończony zapis jej projektu. Choć zawsze wymagały poświęcenia, wysiłku i nieprzespanych nocy... Czasami nawet zniechęcenia. Teraz żałowała, że nie będzie dane jej go dokończyć. Będzie brakować jej tego stresu jaki czuła przed wyjściem na scenę przesłuchań. Z resztą czy tylko o to chodziło. Będzie brakować jej najdrobniejszych szczegółów. Każdych błędów. Wszystkich chwil, które były tak krótkie i niedocenione. Ostatniego pocałunku w czoło jaki dostała nocą od mamy. Zamknęła zeszyt i przetarła ręką po załzawionym oku.
Do godziny siódmej siedziała skulona na łóżku. Za drzwiami słychać już było jak jej ojciec krząta się gdzieś między salonem, a kuchnią. Wstała i otworzyła szafę. Założyła na siebie rozciągnięty pasiasty sweter w kolorze beżu i brązy, czarne rurki i brązowe baleriny z czarnymi kokardkami. Pomalowała rzęsy niewielką warstwą tuszu, rozczesała rude pasma długich włosów i nałożyła czarny melonik przepasany błyszczącą wstążką, która na prawym boku układała się w skromną kokardkę. Spojrzała w lustro umocowane na drzwiach szafy i podniosła sztucznie kąciki ust. Zamknęła drzwi szafy i wyszła z pokoju.
-Witamy.
-Cześć.
-Co powiesz na jajecznicę? Chyba, że wolisz tosty?
-Tosty. Nie lubię jajecznicy.
-Wedle życzenia. Wyjmiesz ser z lodówki.
-Ehem.
Podała plastikowe opakowanie.
Niebawem zajadali się gorącymi tostami z ciągnącym serem. Do kuchni wbiegł Freddie.
-Już obaliłeś całą miskę. Nie ma Freddie, nie.
-Właściwie to dlaczego Freddie?
-Od Mercurego.
-Słuchałeś Queen?
-To był mój ulubiony zespół. No i ulubiony wokalista.
Uśmiechnęła się.
-No co? Nie wyglądam?
-Szczerze to niezbyt.
Zaśmiał się.
-Zaraz jedziemy.
-Dobrze.
Liceum nie było jakoś strasznie daleko. Licząc przystanki to w ok. 15 minut będzie na miejscu. Tutejsze „autostrady” nie były zbyt ruchliwe.
Budynek koloru szarego, a do głównego wejścia prowadziły schody. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała to zachwycająco. Była przerwa. Większość uczniów siedziała na korytarzu i gdy Iza szła za ojcem mierzyło ją wzrokiem. Spojrzenia niektórych nie tyle przenikliwe co aż bezczelne peszyły w stawianiu kolejnych kroków coraz to bardziej chwiejnych i niepewnych.
W końcu weszli do sekretariatu.
-Dzień dobry.
-Witam.- powitał ich ochrypnięty głos starej kobiety z wielkim kokiem na głowie- Izabela?
Dziewczyna kiwnęła tylko głową.
-Proszę za mną.
Kobieta wyszła na korytarz. Rozglądnęła się.
-Katarzyno! Zaczekaj.- machnęła ręką na jedną z uczennic- Proszę oprowadź nowa uczennicę po szkole. Możesz zwolnić się z kawałka lekcji.
Dziewczyna odwróciła się na pięcie i uśmiechnęła się nadto słodko.
-Część. Chodź ze mną. Jestem Kaśka.
-Cześć. Klasa?
-Druga. Jak tu trafiłaś. Znam tego gościa z widzenia. To twój ojciec?
-Tak.
-Nie wiedziałam, że ma córkę. Nie mieszkałaś tutaj? Przynajmniej nie z tego co kojarzę... Skąd jesteś? Tu na prawo jest zejście do sali gimnastycznej.
-Miasteczko niedaleko Krakowa. A tu znalazłaś się...?
-Moja mama... Zginęła w wypadku.
-Przykro mi. Tam jest sala od fizyki i chemii a tam dalej geografia. Idziemy wyżej.
Co jak co ale schody były w opłakanym stanie. Całe panele były wyżarte przez korniki. Czarne poręcze aż błagały o przetarcie.
-A więc tutaj jest sala od religii i polskiego. Trochę dalej są dwie sale od angielskiego i niemieckiego. Nadążasz?
-Tak, jasne.
-Tam informatyka. Tu biologia i matematyka. A tu...
Wyszły po schodach na górę. Dziewczyna wyjęła z torebki niewielki kluczyk. Otwarła ciemne drzwi.
-A tu jest dach. Znaczy wyjście. Nie pytaj skąd mam ten klucz. Nie pytaj też co tu będziemy robić zaraz sama zobaczysz tyko jeszcze na kogoś zaczekamy.
Nie czekały długo. Do zacienionego pomieszczenia wpadła tzw. elitka.
-Poznaj oto Wojtek, Kamil, Mateusz, Baśka i Julka.
Wojtek to kolosalny chłopak wyglądający jak wieszak, ubrany w szare dresowe spodnie i granatową bluzkę, włosy koloru brązowego ścięte na krótko. Kamil i Mateusz to coś na styl skatów z jej okolic. Tylko w porównaniu z tamtymi chłopakami oni nie prezentowali się nawet nieźle. Kamil miał fioletowo czarną koszulę w kratkę, czarne rurki i czerwonego full capa z fioletowym logo. Mateusz miał czarną bluzę, przetarte rurki i szaro granatową czapkę, na ramieniu duży plecak. Z którego zaczął coś wyjmować. Dziewczyny no cóż Julka cały czas zerkała na Kamila, a Baśka dziewczyna z lekką nadwagą była zajęta czekaniem na... Papierowy jakie Mateusz wyjął z plecaka.
-Tak w ogóle to kim ona jest Kaśka?
-To nowa uczennica. Miałam ją oprowadzić ale to krótka przerwa i nie byłoby czasu.  
-Mam na imię Iza.
-No dobra kończmy to kółko zapoznawcze. Dawaj.- Kamil wyrwał  Mateuszowi papierosa z paczki.
Kolejka i do niej zawędrowała. Nie, że nigdy nie paliła bo Łukasz nie był też z Zośką święty. Gimnazjum też uczy różnych takich rzeczy ale nie paliła bo tak wybrała.
-Nie dzięki.
-Serio?- Kamil zaciągnął się i wypuścił obłok dymu wprost na nią, szydząc z niej – Kaśka przyprowadziłaś tu świętoszkę.
Mateusz z Baśka prychnęli głośno.
-Po prostu ich nie lubię...
-On tak czasem ma Izka. Nie przejmuj się.- powiedziała Kaśka.
Chwilę później temat przeniósł się na kartkówkę z matmy i na to jak to pan Zawada jest do dupy. Szczerze myślała, że jest coś do dupy ale nie pan od matematyki tylko cała ta pierdolona szkoła. Jak to jedna osoba może nam spierdolić wszystko! Wszystko na co tak długo pracowaliśmy. To prawdziwa tragedia jeśli nie możesz się obudzić z koszmaru, a jeszcze gorsza, gdy okazuje się, że owy koszmar jest rzeczywistością.
-Dobra spadamy.
-Ja pierdole mam teraz matmę!- jęknął Wojtek.
-A ty już wiesz co, gdzie i jak bo lepiej żebyś nas nie podkablowała sekretarce?- spytał szpanerskim tonem Kamil.
-Spokojnie wszystko już wiem. Nic nie powiem.
-No wiadome...
-No to spadamy.
Grupa poderwała się do góry, wyszła z pomieszczenia i zamknęła za sobą drzwi. Rozeszli się bez słowa. Szóstka przyjaciół zbiegła po schodach na parter, a Iza udała się prosto przed siebie. Zeszła drugimi schodami. Było już grubo po dzwonku. Weszła do sekretariatu, gdzie sekretarka debatowała na jakiś temat z jej ojcem.
-Wiesz gdzie są jakie sale?- spytała.
-Tak.
-No to zaczynasz od poniedziałku, a tu twój plan lekcji. Zakup książki. Tu masz rabat. Twój tato wie, gdzie jest ta księgarnia. To co zostaje mi powiedzieć „witamy w szkole Izabelo”.
Tymi słowami dobiła ją definitywnie. Nie było już odwrotu. Siedząc w samochodzie zastanawiała się ile czasu zajęło jej tak piękne zepsucie życia. Samochód ojca głośno warknął. No racja przecież to też był jakiś trup. Pomijając już fakt, że jej ojciec zachowuje się najbardziej dyplomatycznie jak można by było sobie to wyobrażać. Nic nie powiedział od śniadania. Mama by gadała jak najęta. Nie posłałaby jej do tej szkoły. Do ojca. Mama by... No właśnie i tu wszystko się kończy. Zmiany nastały i czy chcesz czy nie musisz się do nic przyzwyczaić. Jesteś wyjątkiem jednym na sto ale musisz iść dalej!

Ciąg dalszy nastąpi...

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego